Pod Warszawą, zmarli

2026-01-18

Gdy Armia Czerwona wkracza do Warszawy w styczniu 1945 roku, nie odkrywa miasta pokonanego, lecz pustkę. Warszawa nie jest już stolicą, ani nawet zwyczajną ruiną: to pole kamieni, rozkruszonych cegieł, ziejących piwnic, starannie wytworzona miejska pustynia. Tam, gdzie żyło ponad milion mieszkańców, nie pozostał prawie nikt. A pod tymi gruzami, zmarli. 

Po klęsce powstania warszawskiego jesienią 1944 roku władze niemieckie postanowiły zetrzeć miasto z mapy. Nie była to ślepa destrukcja wynikła z walk, lecz metodyczna demolka. Dzielnica po dzielnicy, kamienica po kamienicy, Warszawa była wysadzana w powietrze, podpalana, opróżniana. Ocalałych wypędzano, rannych często dobijano, szpitale palono razem z pacjentami. Miasto miało umrzeć nawet bez świadków.

Gdy mieszkańcy powracają powoli wiosną 1945 roku, stąpają po ziemi, która stała się cmentarzem bez krzyży. Bardzo szybko prace porządkowe ujawniają to, czego wszyscy się domyślali: ciała wszędzie. W piwnicach, gdzie schroniły się rodziny. W zawalonych klatkach schodowych. Pod gruzami szpitali, szkół, kościołów. Na samych ulicach, czasem tylko przysypane pyłem i cegłami.

Prowizoryczne masowe groby są niezliczone. Na Woli, Ochocie, na Starym Mieście tysiące cywilów zostało rozstrzelanych w ciągu kilku dni, często z broni maszynowej, czasem spalonych żywcem. Podczas odgruzowywania wydobywa się pośpiesznie wykopane mogiły zbiorowe, ale także pojedyncze, zapomniane ciała, zamurowane w kamieniu przez zawalenie się budynków. Niektóre są już tylko kośćmi zmieszanymi z zaprawą. Inne można rozpoznać jedynie po guziku, bucie, obrączce.

Ale nie wszyscy zostaną kiedykolwiek odnalezieni.

Wiele ciał zostało zniszczonych przez ogień. Niemcy systematycznie podpalali ruiny, czasem po uprzednim zamknięciu w nich cywilów. Inne ofiary zostały zmiażdżone pod tonami gruzu, niedostępne z powodu niestabilności konstrukcji. Oczyszczenie każdej piwnicy, każdego podziemia oznaczałoby nieokreślone w czasie opóźnienie odbudowy, z ryzykiem śmiertelnych zawaleń. Miasto musiało znów żyć, nawet jeśli oznaczało to budowanie na zmarłych.

Dziś szacuje się, że w 1944 roku w Warszawie zginęło od 200 do 250 tysięcy cywilów. Tylko część ich ciał udało się wydobyć, zidentyfikować i godnie pochować. Pozostali zostali tam, gdzie pozostawiła ich wojna: pod chodnikami, odbudowanymi kamienicami, placami, które znów tętnią życiem. Warszawa wznosiła się ponad nimi, warstwa po warstwie, jakby samo miasto stało się mauzoleum.

Dlatego pamięć Warszawy jest tak szczególna. Pomniki nie zawsze wskazują konkretne miejsce, oznaczają nieobecność, niewidzialną mnogość. Każda dzielnica ma swój symbol, swoją stelę, swój mur z wyrytymi nazwiskami. Ale wielu nazwisk brakuje. Wielu zmarłych nie ma grobu. Ich grobem jest całe miasto.

Odbudowa Warszawy była aktem wyzwania równie mocnym jak żałoba. Nie można było czekać, aż odnalezieni zostaną wszyscy zmarli, zajęłoby to dziesięciolecia, być może całe stulecie. Więc odbudowano miasto. Zaludniono je na nowo. Dzieci bawiły się nad zamurowanymi piwnicami. Tramwaje jeździły ulicami, pod którymi wciąż spoczywały ciała. Życie powróciło nie przez zapomnienie, lecz z konieczności.

Do dziś podczas prac budowlanych czasem odkrywa się ludzkie szczątki. Przeszłość na chwilę wynurza się na powierzchnię, po czym zostaje ponownie pogrzebana, tym razem z rytuałami, nazwiskami, uznaniem. Warszawa nigdy nie przestała być miastem zamieszkanym przez swoich zmarłych.

Nie ukrywa ich.
Żyje z nimi.

SWSP

(Tłumaczenie z języka francuskiego)